Aktualności

25 marca o 07:30

Papież Franciszek prosił nas o modlitwę na Anioł Pański. W tym czasie miały bić kościelne dzwony na całym świecie. Jednak moje miasto jest najwidoczniej wyłączone ze światowego obiegu, bo u nas nie biły. A ja wylazłam w to zimnisko na podwórko, by je usłyszeć – oba kościoły stoją niedaleko mojego domu – i nic! Może do cna ogłuchłam? Dlatego po modlitwie (na zimnym wietrze, ale za to w radosnym słoneczku) telefonowałam potem do kilku osób. Ale one też nasłuchały się ciszy. A ja naiwna, wykombinowałam sobie, że skoro nie mogę być na Mszy św. w Zwiastowanie, to dzwony z moich świątyń będą zwiastunem Dobrej Nowiny; łącznikiem ze wszystkimi wierzącymi, namiastką wspólnoty.
Pozostaje mi zatem łączność komórkowa i mejlowa. I tutaj technika sprawdza się znakomicie (bo niestety dzwony tak zaprogramowała, że nikt nie umiał ich odprogramować). To jedyny sposób, by pogadać z życzliwą osobą, choćby i na końcu świata, pomodlić w różnych świętych miejscach. Dzisiaj byłam sobie u naszej Stasi z Tarnowa. Tamtejszy kościół jest wielki! Prezbiterium długie, więc dwaj kapłani (bez ministrantów) snuli się jak po pustym sklepie. Tylko oni i organista (pięknie śpiewa!). Potem przeniosłam się do Warszawy, by zdążyć na pogrzeb śp. ks. Pawlukiewicza. Też smętny (jakby inne był radosne!), bo oprócz celebransów i jednej zakonnicy – nikogutko nie było widać. Musi być w tym jakiś głęboki zamysł Pana Boga, że święt(n)ego kapłana chowano dziś w takiej przejmującej ciszy. Wczoraj na Liturgii byłam w Kalwarii Zebrzydowskiej, a jak już obskoczę wszystkie polskie parafie, to udam się do Kanady. A co? Nareszcie mnie na to stać! Wieczorem zaloguję się w parafii zielonogórskiej Na Winnicy, by odmówić Różaniec z narodem. Próbowałam modlić się w rokitniańskim sanktuarium, ale tam tylko organista ma głos. Księdza ledwo słychać. Mam zaproszenie do Sulęcina i na pewno się tam któregoś dnia (albo wieczoru) zamelduję.
Dziś dostałam też informację od warsztatowej Bogu Miłej – tak nazywam Bogusię, czyli Bogumiła – że wieczorem po Mszy św. (z Jasnej Góry), ok. 20.40 odbędą się rekolekcje wielkopostne, które poprowadzi… o. Salij! Transmisja na TVP3 w paśmie ogólnopolskim. No, proszę – ile dobrego ten paskuda kornawirus przywlókł ze sobą! Bo jeśli dodam do tego pakietu Zakopane, Słupsk czy Kraków (rekolekcje od Ani Kanarka też są świetne!), to okaże się, że na podróże z wirusem trzeba mieć czas! Czego sobie i innym rodakom życzę. Amen.

24 marca o 06:02

Co można robić, jak niewiele można robić? O, całkiem sporo! W przerwach między Eucharystią (codziennie uczestniczę w innym sanktuarium, jutro chyba wybiorę się do Kanady), robieniem papu i oglądaniem TV z dramatycznymi wiadomościami, warto zajrzeć tutaj:
https://www.youtube.com/playlist…
Namiary dostałam od Kanarka, a ona od AnnyMarii, więc w ten sposób jesteśmy jakoś razem. Tym bardziej, że rekolekcje są ciekawe, króciutkie i dotyczą Eucharystii, co w Roku Eucharystii też jest WAŻNE. Ponadto jeśli cierpisz na brak rozrywek kulturalnych, to zapraszam do Galerii Sztuki! Możesz sobie oglądać do woli piękne dzieła, a jak klikniesz tłumaczenie, to polskie objaśnienia wprowadzą Cię w tajemnice malarstwa na przestrzeni wieków. Cuda, cudeńka:
https://artsandculture.google.com/partner

21 marca o 05:25
21 marca o 04:18

Słowo Antywirus (refleksja po tygodniu)
"Czas wychowywania na pustyni"
Droga Izraelitów na pustyni z Egiptu do Kadesz trwała rok. To ich pierwszy etap drogi pi przejściu przez Morze Czerwone. Ziemia Obiecana była na wyciągnięcie ręki. Widzą ją. Ta ziemia to ich przeznaczenie, obietnica od Boga. To ich błogosławieństwo. Zwiadowcy idą z rozkazu Boga do Kanaan. Wracają i 10 z nich sieje ferment. Dwóch głosi Dobrą Nowinę, ale lud nie chce tego słuchać. Tych 10 przywódcow głosi, że ludzie Kanaanu są tak potężni, że nie wolno iść dalej. Jest ogromny bunt Izraela. Ludzie płaczą, szemrają, rozsiewają fake newsy. Chcą zabić Mojżesza i Aarona i wracać do Egiptu. Po roku wolności lud Boży chce być znowu ludem niewolników. Co jest grane?
Bóg ich karze 40 latami na pustyni (piszę w skrócie. Więcej w Lb 13-14). Ale nie jest to zemsta. To sposób wychowania ludu. Nigdzie nie ma w Biblii opisu, co działo się przez te 40 lat. Ale wiemy, że Bóg nie zostaje w Kadesz, a lud wysyła samotny na pustynię. Bóg nie jest taki. Bóg idzie z nimi! Jest z nimi te 40 lat i im błogosławi. Niczego im nie brakuje. Tak relacjonuje to Mojżesz po tych 40 latach: "Przecież Pan, twój Bóg, który ci błogosławił w pracach twych rąk, opiekuje się twoją wędrówką po tej wielkiej pustyni. Oto czterdzieści lat Pan, twój Bóg, jest z tobą, i niczego ci nie brakowało" (Pwt 2,7). Niesamowite! Nic im nie brakowało przez 40 lat. Nic im nie brakowało na pustyni. Naprawdę? Okres, który niby miał być karą za grzechy, stał się czasem błogosławieństwa! Dlaczego? Bo Bóg z nimi na pustyni! Był obecny i aktywny. Nie obrażał się idąc z nimi na ich zatwardziałość serca, na ich szemrania, ale powoli ich wychowywał do wiary, do zaufania. Bóg, gdy grzeszymy, "karze" nas tym, że podchodzi do nas blisko, daje nam odczuć swą miłość. Nie tworzy dystansu, ale wybiega do nas jak ojciec do syna marnotrawnego. Rzuca się nam w ramiona, gdy wracamy do Niego. To nasz Emmanuel. Bóg z nami!
Mojżesz opisuje jeszcze czas 40 lat na pustyni w Pwt 8,2-20. Przeczytajmy ten test na modlitewnym skupieniu przed Bogiem. Długi tekst, ale wierzę, że rzuca światło, na to, co teraz przeżywamy w związku z epidemią. Mamy teraz czas pustyni. Bóg jest bardzo blisko nas. Tak jak troszczył się o Izraelitów, tak troszczy się o nas. Niczego nam nie braknie! Dla Izraelitów karą prawdziwą było to, że nie mogli od razu wejść do Ziemi Obiecanej. Musieli czekać aż 40 lat. Tyle lat czekali, by wejść w pełnię błogosławieństwa Boga. By wejść w to, co im obiecał. Warto było czekać? A czy my umiemy czekać? A co jeśli nasze życie rodzinne, społeczne, zawodowe będzie zahamowane nie tylko do Świąt Paschy, ale np. do wakacji, do końca roku? Wytrwamy w zaufaniu?
Jesteśmy teraz w miejscu, gdzie Bóg jest bardzo blisko. Bardzo blisko. Jak Ojciec przy dzieciach. To miejsce nawrócenia serca do Boga. Bóg teraz Cię prowadzi! Bóg teraz opiekuje się Tobą. Jesteś Jego ukochanym dzieckiem. Jesteś w rękach Jezusa i nic nie jest w stanie Ciebie z nich wyrwać! Wierzysz?
Nie wpadajmy w zniechęcenie. Nie upadajmy na duchu. Nie dajmy sobie wmówić, że tych 10 zwiadowców ma rację. Wokół nas może być teraz wielu takich głosicieli. Uważajmy na to, kogo słuchamy. I ile słuchamy.
Nie dajmy sobie wmówić kłamstwa, że jesteśmy sami i że Bóg nas opuścił. Idzie z nami potężny Bóg! On nas prowadzi do pełni życia, w obfitość Jego łaski. Niczego nam nie braknie. On nas przeprowadzi przez ten czas. Ziemia Obiecana przed nami! Amen!

19 marca o 05:31

Rok temu, mniej więcej o tej samej porze, robiliśmy objazd trasy pielgrzymkowej (nikt chyba się nie łudzi, że w sierpniu Warsztaty oraz inne pielgrzymki wyjdą). Był pierwszy dzień strajku nauczycieli i w każdej szkole natykaliśmy się na grupy zbuntowanych belfrów okupujących puste korytarze. Mnie najbardziej uderzały paskudne plakaty wyśmiewające łamistrajków. A to oni uratowali egzaminy i stanęli po „właściwej stronie mocy”, czyli u boku swoich (i nie swoich) wychowanków. To było niespełna rok temu. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby w takiej chwili jak obecna, zbuntowali się medycy? Pielęgniarki, salowe, ratownicy, laboranci – też zarabiający niewiele – narażający swoje zdrowie i życie? Lekarze – współcześni bojownicy o „dobrą zmianę”?
Jak niewiele od nas zależy i jak wiele zależy od nas (ale paradoks, co?) przekonujemy się codziennie. Rozglądamy się w nowej rzeczywistości, ale jak uczy historia (np. narodu wybranego) zazwyczaj krótką mamy pamięć i wnioski, które teraz nam się nasuwają, szybko wyparują. „Już nic nie będzie takie samo” – głoszą górnolotnie media. Jasne że nie. Przez kilka tygodni. Potem wrócimy do starych błędów i przyzwyczajeń, do jazgotu i złośliwości. Na razie w ryzach trzyma nas strach. Niektórych – wiara dająca nadzieję i przynosząca ulgę, chociaż nasze kościoły opustoszały.
Teraz często myślę o Natalii, która nigdy się nie bała, choć czasy, w których żyła, były jeszcze okropniejsze. Ona zdecydowała się na ryzykowny „wolontariat” w samym środku zła. Nie mogła liczyć na pociechę płynącą z Eucharystii, bo na niemieckie msze mogła chodzić tylko raz w miesiącu. „Jeszcze nigdy nie opuściłam tu codziennej Mszy św. i Komunii św. duchowej – pisała do przyjaciółki. – Tekst Mszy św. tak mi się wrył w pamięć, że mogę swobodnie przy rozpamiętywaniu go pracować fizycznie. Czasem mi ludzie przerywają, nie wiedząc, że w duchu się modlę; nic to, rozmowa z nimi jest też modlitwą. Mam tu okazję pełniej realizować to, co zawsze, odkąd sięgnę pamięcią, było tęsknotą mojej duszy: by modlitwę uczynić życiem, a życie modlitwą”. Czy stać nas na wykupienie (podobnie jak wykupiliśmy papier toaletowy i paracetamol) takiej „recepty” na koronawirusa?
A tymczasem rozsłoneczniły się forsycje. Kwitną bladoróżowe magnolie. Dzięki Bogu, przyroda robi swoje i świat nadal jest piękny.

13 marca o 13:44

http://wiez.com.pl/2020/03/09/eucharystia-w-czasach-zarazy/
I co z tego? Księża wiedzą swoje i rozdają komunię tradycyjnie, a nie na rękę. NIe wiem, czy pójdę w niedzielę na mszę....

12 marca o 10:15

Stop panice i histerii! Człowiek, który ufa Bogu, nie boi się, bo wie, że jest w Jego ręku. Może właśnie Pan Bóg chce, byśmy się zatrzymali i zastanowili? Nad sobą, swoim życiem? Może dlatego wyprowadził nas na pustynię? Trwa przecież Wielki Post… Warsztatowiczom (i nie tylko) siedzącym teraz w domu, na pohybel wszelkim niepokojom, polecam rekolekcje Dwóch Michałów. Dobre! Jak zwykle zresztą.
https://profeto.pl/rekolekcje-wielkopostne-2020----meska-mo…

26 lutego

Minęło sporo lat, a ja wciąż wracam pamięcią do pewnej Środy Popielcowej, która wcale nie wprowadziła mnie w nastrój smutku i powagi. Wręcz przeciwnie – rozbawiła totalnie. Ale po kolei:
Skończyły się zapusty i „nadejszła wiekopomna chwila” – jak mawiał filmowy Pawlak, czyli czas posypania głów popiołem. Kiedy jednak weszłam do kościoła, zobaczyłam jak rozbawieni księża pakują się do konfesjonałów, a kilka chwil potem ks. Jarek na sekundę przed mszą przefrunął przez środek św...

Czytaj dalej
6 lutego

Ależ to były emocje! Cały dzień pełen napięcia i oczekiwania. Rankiem otrzymałam wiadomość od Kacpra, że Agata jest na porodówce i dobrze byłoby porozumieć się w tej kwestii z Górą i Natalią. Więc szybko wykasowałam imieninowego smsa, którego właśnie zamierzałam wysłać Agacie i rozpoczęłam produkcję wiadomości do warsztatowiczów, że pobożne help, sos i tego typu apele są mile widziane, a nawet pożądane. Zdaje się, że postawiłam na nogi (a dokładniej – rzuciłam na kolana, a co? Taką mam siłę perswazji!) pół pielgrzymiej Polski. No i potem czekaliśmy. Czekaliśmy. I wciąż czekaliśmy…
Wieczorkiem miałam plotkarskie spotkanie z dawnymi koleżankami z gimnazjum (bo całe towarzystwo ze szkoły zostało rozparcelowane po różnych placówkach) w naszej – podobno najlepszej – restauracji. I co? I pstro. Siedziałam jak na szpilkach i ani gadać mi się nie chciało, bo wciąż sprawdzałam telefon, aż niegrzecznie to wyglądało. Ale na wszelki wypadek zamówiłam sobie lampkę martini. Przecież małej Natalki nie będę opijać piwem! W ten sposób chyba nawet Kacpra wyprzedziłam w świętowaniu. I kiedy on przeżywał najgorsze(?)/najpiękniejsze(?)chwile, ja chłeptałam wino! Sprawnie mi to nawet poszło, ale efektów (cokolwiek miałoby to znaczyć) żadnych. Telefon milczy jak zaklęty. Więc po godzince opuściłam miłe towarzystwo. Nie wiem, co bardziej gnało mnie do domu – zimnisko czy telefon w torebce. Przez całą drogę to kłóciłam się, to poganiałam naszą Natalkę. W końcu to jej imienniczka przychodzi na świat, niech się jakoś poczuwa!
W domu, ledwie wygrzebałam się ze szmat, a tu kolejka smsów. I wcale nie od Kacpra, kurcze blade! To nasze siostry pielgrzymkowe zaniepokojone milczeniem owieczki domagają się radosnej nowiny. A ja nie w temacie! Zaleciłam więc wzmożone stukanie do Szefa wszystkich szefów (w końcu to szefowa belferskiego lata potrzebuje wsparcia) i sama też buchnęłam na kolana. Kółko różańcowe, które zebrało się na łączach, było już mocno zaniepokojone. I w końcu, w okolicach Apelu Jasnogórskiego jest sms od Kacpra! Hurra! Natalka nareszcie zdecydowała się pojawić na tym ziemskim padole! Taki prezent imieninowy wyszykowała Mamie! Cieszymy się Kruszynko, a Twoim Rodzicom serdecznie gratulujemy! Nie wiem, czy jakiekolwiek dzieciątko ma tyle cioć i wujków, co nasza Natalusia.
Jest śliczna! Wiem, bo dziś Kacper przysłał jej fotkę i mój telefon znów rozgrzał się z radości. Czasami dobrze iść z duchem czasu.

12 stycznia

Nowy rok zaskoczył miłymi niespodziankami. Przyszedł mejl od pani Natalii (krewnej naszej Natalki) informujący, że dobiega końca zbieranie podpisów pod petycją o ustanowienie Błogosławionej patronką polskich belfrów. W lutym odbędzie się konferencja Episkopatu i mam nadzieję, sprawa znajdzie pozytywny finał jak najbardziej. Więc jeśli jeszcze ktoś nie odesłał list z podpisami (Emilka pobiła rekord, bo już w grudniu miała 90 sztuk, a to nie był koniec jej akcji!), to najwyższy czas to zrobić. Ja w swoim grajdołku zebrałam ponad 40 cyrografów, ale mam nadzieję, że inni uzyskali lepsze rezultaty. Przed Świętami do Pani Natalii trafiło 2000 podpisów, ale nowe wciąż spływały. Ponadto drugi strumień (mam nadzieję – szeroki) płynął do naszego ks. Bpa Piotra (belferskiego), który osobiście zaangażował się w tę sprawę, a nawet prosił, by zainteresowały się nią duszpasterstwa diecezjalne. Hmmm…
W każdym razie – przygotowania do historycznego momentu są na wirażu, ale wkrótce nasza Natalka będzie patronować nie tylko Warsztatom, ale całej nauczycielskiej rodzinie. I chwała wszystkim, którzy zaangażowali się w to dzieło. Dziękuję także w imieniu Pani Natalii i przypominam, że jeśli ktoś ma niewysłane listy z podpisami, to trzeba je jak najszybciej odesłać, tak żeby do 25 stycznia trafiły pod jej adres.
Inny news to taki, że nasz ks. Marcin nie jest już gościem z Gościa, tylko gościem (a właściwie włodarzem!) z Żagania, bo tam – na pradawnych ziemiach Piastów – opiekuje się parafią. Co tu dużo pisać – ze zwykłego gostka, został panem na księstwie! Toż to prawie książę (dla nas, warsztatowiczów, nawet arcyksiążę) i tak chyba będziemy go tytułować! Bo – księże czy książę – jak łatwiej/ładniej?
No i jeszcze sprawa Elutki! Właśnie się dowiedziałam, że jest nominowana do tytułu Osobowość Roku! Który to tytuł przyznaje Gazeta Wrocławska. Dla warsztatowiczów nie ma wątpliwości, że należy jej się jak nic! Tylko że nie wystarczą lajki pod informacją! Trzeba wysłać sms’a! No to belfry – wyciągać swoje wypasione komórasy i do dzieła!

3 grudnia 2019

Adwent – jako okres liturgiczny – trwa sobie w najlepsze, a ja buszuję po Internecie i szukam porządnych rekolekcji (w naszej parafii nie praktykuje się adwentowych tylko wielkopostne). Jest ich naprawdę sporo. I to niezłych! Krótsze i dłuższe. Dłuższych dobrze się słucha (zwłaszcza z kubkiem gorącej herbaty z imbirem), ale te krótsze łatwiej zapamiętuje. Zaglądam na stronkę naszego o. Legana i proszę – znowu jak przed rokiem „nauczały dwa Michały, jeden czarny, drugi biały”! Obaj ojcowie preferują tę krótszą opcję. Pierwszy odcinek zaskoczył mnie totalnie: „Ewa”. Kręcę nosem. Znowu się naszej pramatce dostanie: a że dała się podejść, a że przez nią wszyscyśmy paskudniki brzydkie, a że głupia i naiwna, a jednak wpuściła tatuśka Adama (nie wiem, kto w takim razie jest bardziej nie halo) w maliny itepe, itede. Ale nic, klikam. Swojak to swojak. Nawet nuda w jego wykonaniu nie jest straszna. I co? I szok! Tak biały, jak i czarny są Ewą zachwyceni! No coś podobnego! Rozsiadam się wygodnie i zamieniam się w słuch (a tegoroczni warsztatowicze wiedzą, żem głucha, ślepa i kulawa, więc ten mój akt zakrawa na heroizm!) Na krótko co prawda (8 minut tylko), ale chłonę otwartą gębą (podobno tak lepiej się odbiera wszelkie dźwięki). I innym też radzę: najpierw otworzyć link, a gęba sama się otworzy. Miłego słuchania!

18 listopada 2019

"Hołota i mizeria" czyli wieczór pieśni patriotycznych trochę mniej poważnie;-)

18 listopada 2019

Piszą o nas...

16 listopada 2019

Wykład o... "cebuli"

15 listopada 2019

Lubrzańskie rekolekcje były balsamem dla duszy i ciała. Duszami zajmowali się nasi księża, zaś obowiązek cielesnych umartwień spadł na gospodarzy i na nas. Gospodarze dyżurowali w kuchni i stołówce. Agnieszka próbowała ich wyręczać, wydzierając nam sprzed nosa puste talerze, nalewając zupę czy kompot, a że robiła to także na pielgrzymce – wiedzieliśmy, że na nic zda się nasz bunt i próba samoobsługi. Ta dziewczyna ma zainstalowany motorek (nie obczaiłam jeszcze gdzie), który nosi ją i nie pozwala na żadną bierność. Tyle że w świetlicy nie przyjęto jej zapędów, bo tutejsze chłopaki same warowały przy ekspresie do kawy i stanowczo zrezygnowały z Agnieszkowego wolontariatu (kawa – w różnych wersjach – była przepyszna!). Nawet zastanawiałam się, jak ich koncepcje przeszczepić na pielgrzymkowy grunt. Ale nic nie wymyśliłam. A co się będę zdzierać intelektualnie? W końcu przyjechałam tu na weekend!
No więc w przerwach między nabożeństwami i prelekcjami udzielaliśmy się mniej nabożnie, ale za to bardziej aktywnie. Uplasowałam się wygodnie na kanapie, by uważnie śledzić tę aktywność. Obok mnie siostry trzy (Asia, Elutek i Halinka) realizowały się muzycznie, brzdąkając na gitarze. Jedno moje ucho śledziło ich poczynania, a drugie (wespół z okiem – cud że nie dopadł mnie zez rozbieżny!) łypało na stolik, gdzie Kacper z x. Marcinem i Sandrunią zabawiali się w Babilończyków i ustawiali wieżę z klocków (jakieś „jangle” czy coś). W każdym razie można to było podciągnąć pod religijną działalność twórczą. Wkrótce dołączył do nich „Bob budowniczy” – Remek i historia z nędznym upadkiem zaczęła się powtarzać. Reszta rekolekcjonistów perorowała na różne tematy w grupach i podgrupach. Do czasu aż struny Elutkowej gitary nie rozełkały się kusząco i zwołały chętnych do wspólnego chóru. Z tekstami w smartfonowych śpiewnikach zaczął się koncert życzeń. I trwałby aż do kolacji, gdyby Elutek nie przypomniała sobie, że przytargała pół samochodu zieleniny (plus smakołyki od Martyny), z którą coś trzeba było zrobić. No i padło na mnie. Na Agnieszkę nic padać nie musiało, bo ona o każdej porze jest gotowa do akcji. Zerwałyśmy się z zapałem (no, powiedzmy…) i pognałyśmy do kuchni, gdzie pod kierunkiem maestro Eli powstało kulinarne dzieło stworzenia: „Surówki – palce lizać”. O czym wszyscy mogli się przekonać podczas kolacji. Po witaminowym wzmocnieniu można było przystąpić do realizacji kolejnego punktu rekolekcyjnych ćwiczeń. Tym razem duchowych. Bo równowaga to klucz do sukcesu!

11 listopada 2019

Sobotni wykład ks. Marcina wzruszył mnie do łez, bo zaczął się od obierania… cebuli. Ledwo dałam radę odpowiedzieć na pytanie (pisemnie! Bo prelegent podarował nam notatniki i długopisy. Tak się skubany zabezpieczył od wykręcania się sianem): Dlaczego jeszcze jestem w Kościele? A ksiądz nie był nawet ciekaw odpowiedzi, a szkoda – bo ja byłam! Ciekawość mnie zżerała, co inni nagryzmolili. A tu figa z makiem. Nawet do wykładu jakieś teologiczne RODO się zakradło. Kiedyśmy łamali sobie łepetyny, co mądrego nagryzmolić w nowiuśkich notatnikach, ksiądz mozolił się nad tą złośliwą jarzyną, czegoś w niej szukał, zdzierał warstwa po warstwie i co? I pstro. Nic nie znalazł. Bo to był przykład Tradycji, do której każdy z nas dorzuca swoją cegiełkę. W ten sposób przywiązujemy się do tej nabrzmiałej rzeczywistości. Ale pierwsi chrześcijanie (właściwie judeochrześcijanie) musieli zerwać z wielowiekową żydowską pobożnością (bo tak jak w cebuli, nic w niej nie było!), narazić się na ostracyzm, zaryzykować życie, by zbudować Kościół Chrystusowy. Który zresztą rodził się z fascynacji Jezusem, wykluczenia i w katakumbach. Zasadnicza kwestia skupiona była na słowie „jeszcze”. Dlaczego „jeszcze”? Bo moja obecność w Kościele to przede wszystkim Łaska. Czy potrafię ją wykorzystać i z nią współpracować? Pytanie, za pytaniem! Tak nas ks. Marcin wkręcał, że czułam się niemal jak po praniu w historycznej Frani!
Dalej było jeszcze trudniej: Pierwotny Kościół rodził się pod krzyżem; właściwie – z nieobecności jego pierwszych członków; z niczego, bo żydowska tradycja nie komponowała się z nim wcale. I dlatego nie powinniśmy się bać kryzysów w Kościele, który jest darem Pana Boga i rozwija się mimo wszystko. Może trudności są po to, by oczyścić Kościół z niepotrzebnego balastu? Przyznam, że to pytanie namąciło mi trochę w łepetynie. No bo jak oderwać się od tego, co dobrze znane, swojskie? Jak żyć w chrześcijańskiej wspólnocie? Jak głosić Chrystusa, do czego wszyscy jesteśmy przecież powołani? I nagle okazało się, że tym razem nie są to pytania retoryczne! Odpowiedzi wydają się proste, choć rzeczywistość wcale nie: Tak jak pierwsi chrześcijanie, jak św. Paweł, który dla Chrystusa zniósł wiele upokorzeń i cierpień fizycznych. Jak nasza bł. Natalka.Trzeba mieć odwagę „oczyszczać się” ze swoich marzeń o sukcesach w głoszeniu Słowa Bożego! Jedyny sposób na znalezienie sobie miejsca to żyć – jak pierwsi chrześcijanie – dla Chrystusa, z wszystkimi konsekwencjami! Bo ciągły niepokój w życiu jest niczym wobec pewności, że On zmartwychwstał! Obawy, rozczarowania, czy nawet strach oczyszczają nas w wierze. Pozwalają odcinać to, co zbędne.
Uff! Po takich dawkach rewelacji skierowaliśmy nasze zainteresowania ku stołom. Trzeba je także oczyścić. Obrana cebula mąciła nieco nasze kubki smakowe. Ale zaprawiony pokutnik nic sobie nie robi z wszelkich przeciwności.

11 listopada 2019

Wieczór pieśni patriotycznych

10 listopada 2019

Tyle się działo, że na jednym wpisie pewnie nie poprzestanę, inaczej Kanarek, Anny Marie (nie miałyście czkawki? Bo stale towarzyszyłyście naszym myślom i mowom!) i inne pielgrzymkowe rodzeństwo nie będzie miało pojęcia, jak to z rekolekcjami było. A było inaczej niż na różnych tego typu imprezach. Bo tam, zanim zawiąże się wspólnota, to kończy się spotkanie. A my niczego nie musieliśmy wiązać, bo od dawna nas Warsztaty powiązały w takie supełki, że nie da się ich rozplątać. I dlatego czuliśmy się kapitalnie. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy ze sobą. Nikomu nie chciało się siedzieć w swoich apartamentach, więc koczowaliśmy w świetlicy przy ciągle zastawionych stołach, z których nie ubywało. Przywieźliśmy torby smakołyków, Piotrek przytaszczył trzy palety pączków z różnistymi nadzieniami (plus swoją osobistą słodycz, czyli żonę!), więc roztrząsaliśmy dylematy jak ten osiołek, co mu w żłoby dano. A dziś na pożegnanie Remek z żoną (swoją!) uraczyli towarzystwo takimi tortami, że trudno było podnieść cztery litery z foteli. Ale nie samymi rarytasami pielgrzym żyje! Ważne było przede wszystkim to, czym karmiliśmy się duchowo. A nasze menu było też bogate i treściwe. Plan przygotowany przez Halinkę realizował się pięknie. W piątek przed Najświętszym Sakramentem wspominaliśmy pielgrzymów, którzy zakończyli swoją doczesną wędrówkę i szwendają się po niebiańskich ścieżkach. Założę się, że i oni też nas odwiedzili. Wczoraj o piętnastej modliliśmy się Koronką do Bożego Miłosierdzia, zaś wieczorem – adorowaliśmy Pana Jezusa z Natalią. Słuchaliśmy jej wierszy i plotkowaliśmy cichutko z jej Oblubieńcem. Po kolacji urządziliśmy wieczór patriotyczny. Joanna przygotowała nam śpiewniki i ruszyliśmy z kopyta. Ale tym razem „stary koń” nie ciągnął żadnej bryki, tylko my raźno i ochotnie popylaliśmy pieśniami naszych ojców. I z naszymi ojcami, którzy na co dzień paradują w sutannach. Tym razem jednak zapakowaliśmy ich w nowiutkie blue koszulki, bo z okazji zbliżających się imienin (Marcina jutro i Andrzeja za dwa tygodnie), sprezentowaliśmy im wesołe mundurki. Zasłużyły chłopaki! Patriotyczny zryw ciągnął się dłużej niż teksty w śpiewnikach, bo oprócz wokalu były też wspominki na tematy bogoojczyźniane i do nich zbliżone. I ponieważ nikomu nie chciało się spać (aż dziwne, bo poprzedni wieczór skończył się nad ranem ciekawymi Polaków rozmowami), więc rzuciliśmy się do swoich smartfonów i czego Joanna nie umieściła na papierze, my umieściliśmy na naszych strunach gitarowych (Elutki i Asi) i głosowych. Zaczęło się nastrojową powagą (cały hymn narodowy i Rota), a zakończyło liryczną radością, bo śpiewaliśmy na dwie płcie (innych wśród nas nie było) „Przybyli ułani pod okienko” i inne takie. Potem uciszyliśmy się nieco, bo Gospodarze słusznie zauważyli, że w ośrodku obowiązuje cisza nocna. Ale szeptanki (niekoniecznie patriotyczne) przeniosły się na wyższy poziom, bo wszystkie sypialnie w domu rekolekcyjnym znajdują się na pierwszym piętrze.