Aktualności

3 godz.

Piszą o nas...

16 listopada o 04:37

Wykład o... "cebuli"

15 listopada o 08:48

Lubrzańskie rekolekcje były balsamem dla duszy i ciała. Duszami zajmowali się nasi księża, zaś obowiązek cielesnych umartwień spadł na gospodarzy i na nas. Gospodarze dyżurowali w kuchni i stołówce. Agnieszka próbowała ich wyręczać, wydzierając nam sprzed nosa puste talerze, nalewając zupę czy kompot, a że robiła to także na pielgrzymce – wiedzieliśmy, że na nic zda się nasz bunt i próba samoobsługi. Ta dziewczyna ma zainstalowany motorek (nie obczaiłam jeszcze gdzie), który nosi ją i nie pozwala na żadną bierność. Tyle że w świetlicy nie przyjęto jej zapędów, bo tutejsze chłopaki same warowały przy ekspresie do kawy i stanowczo zrezygnowały z Agnieszkowego wolontariatu (kawa – w różnych wersjach – była przepyszna!). Nawet zastanawiałam się, jak ich koncepcje przeszczepić na pielgrzymkowy grunt. Ale nic nie wymyśliłam. A co się będę zdzierać intelektualnie? W końcu przyjechałam tu na weekend!
No więc w przerwach między nabożeństwami i prelekcjami udzielaliśmy się mniej nabożnie, ale za to bardziej aktywnie. Uplasowałam się wygodnie na kanapie, by uważnie śledzić tę aktywność. Obok mnie siostry trzy (Asia, Elutek i Halinka) realizowały się muzycznie, brzdąkając na gitarze. Jedno moje ucho śledziło ich poczynania, a drugie (wespół z okiem – cud że nie dopadł mnie zez rozbieżny!) łypało na stolik, gdzie Kacper z x. Marcinem i Sandrunią zabawiali się w Babilończyków i ustawiali wieżę z klocków (jakieś „jangle” czy coś). W każdym razie można to było podciągnąć pod religijną działalność twórczą. Wkrótce dołączył do nich „Bob budowniczy” – Remek i historia z nędznym upadkiem zaczęła się powtarzać. Reszta rekolekcjonistów perorowała na różne tematy w grupach i podgrupach. Do czasu aż struny Elutkowej gitary nie rozełkały się kusząco i zwołały chętnych do wspólnego chóru. Z tekstami w smartfonowych śpiewnikach zaczął się koncert życzeń. I trwałby aż do kolacji, gdyby Elutek nie przypomniała sobie, że przytargała pół samochodu zieleniny (plus smakołyki od Martyny), z którą coś trzeba było zrobić. No i padło na mnie. Na Agnieszkę nic padać nie musiało, bo ona o każdej porze jest gotowa do akcji. Zerwałyśmy się z zapałem (no, powiedzmy…) i pognałyśmy do kuchni, gdzie pod kierunkiem maestro Eli powstało kulinarne dzieło stworzenia: „Surówki – palce lizać”. O czym wszyscy mogli się przekonać podczas kolacji. Po witaminowym wzmocnieniu można było przystąpić do realizacji kolejnego punktu rekolekcyjnych ćwiczeń. Tym razem duchowych. Bo równowaga to klucz do sukcesu!

11 listopada o 09:03

Sobotni wykład ks. Marcina wzruszył mnie do łez, bo zaczął się od obierania… cebuli. Ledwo dałam radę odpowiedzieć na pytanie (pisemnie! Bo prelegent podarował nam notatniki i długopisy. Tak się skubany zabezpieczył od wykręcania się sianem): Dlaczego jeszcze jestem w Kościele? A ksiądz nie był nawet ciekaw odpowiedzi, a szkoda – bo ja byłam! Ciekawość mnie zżerała, co inni nagryzmolili. A tu figa z makiem. Nawet do wykładu jakieś teologiczne RODO się zakradło. Kiedyśmy łamali sobie łepetyny, co mądrego nagryzmolić w nowiuśkich notatnikach, ksiądz mozolił się nad tą złośliwą jarzyną, czegoś w niej szukał, zdzierał warstwa po warstwie i co? I pstro. Nic nie znalazł. Bo to był przykład Tradycji, do której każdy z nas dorzuca swoją cegiełkę. W ten sposób przywiązujemy się do tej nabrzmiałej rzeczywistości. Ale pierwsi chrześcijanie (właściwie judeochrześcijanie) musieli zerwać z wielowiekową żydowską pobożnością (bo tak jak w cebuli, nic w niej nie było!), narazić się na ostracyzm, zaryzykować życie, by zbudować Kościół Chrystusowy. Który zresztą rodził się z fascynacji Jezusem, wykluczenia i w katakumbach. Zasadnicza kwestia skupiona była na słowie „jeszcze”. Dlaczego „jeszcze”? Bo moja obecność w Kościele to przede wszystkim Łaska. Czy potrafię ją wykorzystać i z nią współpracować? Pytanie, za pytaniem! Tak nas ks. Marcin wkręcał, że czułam się niemal jak po praniu w historycznej Frani!
Dalej było jeszcze trudniej: Pierwotny Kościół rodził się pod krzyżem; właściwie – z nieobecności jego pierwszych członków; z niczego, bo żydowska tradycja nie komponowała się z nim wcale. I dlatego nie powinniśmy się bać kryzysów w Kościele, który jest darem Pana Boga i rozwija się mimo wszystko. Może trudności są po to, by oczyścić Kościół z niepotrzebnego balastu? Przyznam, że to pytanie namąciło mi trochę w łepetynie. No bo jak oderwać się od tego, co dobrze znane, swojskie? Jak żyć w chrześcijańskiej wspólnocie? Jak głosić Chrystusa, do czego wszyscy jesteśmy przecież powołani? I nagle okazało się, że tym razem nie są to pytania retoryczne! Odpowiedzi wydają się proste, choć rzeczywistość wcale nie: Tak jak pierwsi chrześcijanie, jak św. Paweł, który dla Chrystusa zniósł wiele upokorzeń i cierpień fizycznych. Jak nasza bł. Natalka.Trzeba mieć odwagę „oczyszczać się” ze swoich marzeń o sukcesach w głoszeniu Słowa Bożego! Jedyny sposób na znalezienie sobie miejsca to żyć – jak pierwsi chrześcijanie – dla Chrystusa, z wszystkimi konsekwencjami! Bo ciągły niepokój w życiu jest niczym wobec pewności, że On zmartwychwstał! Obawy, rozczarowania, czy nawet strach oczyszczają nas w wierze. Pozwalają odcinać to, co zbędne.
Uff! Po takich dawkach rewelacji skierowaliśmy nasze zainteresowania ku stołom. Trzeba je także oczyścić. Obrana cebula mąciła nieco nasze kubki smakowe. Ale zaprawiony pokutnik nic sobie nie robi z wszelkich przeciwności.

11 listopada o 03:32

Wieczór pieśni patriotycznych

10 listopada o 11:17

Tyle się działo, że na jednym wpisie pewnie nie poprzestanę, inaczej Kanarek, Anny Marie (nie miałyście czkawki? Bo stale towarzyszyłyście naszym myślom i mowom!) i inne pielgrzymkowe rodzeństwo nie będzie miało pojęcia, jak to z rekolekcjami było. A było inaczej niż na różnych tego typu imprezach. Bo tam, zanim zawiąże się wspólnota, to kończy się spotkanie. A my niczego nie musieliśmy wiązać, bo od dawna nas Warsztaty powiązały w takie supełki, że nie da się ich rozplątać. I dlatego czuliśmy się kapitalnie. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy ze sobą. Nikomu nie chciało się siedzieć w swoich apartamentach, więc koczowaliśmy w świetlicy przy ciągle zastawionych stołach, z których nie ubywało. Przywieźliśmy torby smakołyków, Piotrek przytaszczył trzy palety pączków z różnistymi nadzieniami (plus swoją osobistą słodycz, czyli żonę!), więc roztrząsaliśmy dylematy jak ten osiołek, co mu w żłoby dano. A dziś na pożegnanie Remek z żoną (swoją!) uraczyli towarzystwo takimi tortami, że trudno było podnieść cztery litery z foteli. Ale nie samymi rarytasami pielgrzym żyje! Ważne było przede wszystkim to, czym karmiliśmy się duchowo. A nasze menu było też bogate i treściwe. Plan przygotowany przez Halinkę realizował się pięknie. W piątek przed Najświętszym Sakramentem wspominaliśmy pielgrzymów, którzy zakończyli swoją doczesną wędrówkę i szwendają się po niebiańskich ścieżkach. Założę się, że i oni też nas odwiedzili. Wczoraj o piętnastej modliliśmy się Koronką do Bożego Miłosierdzia, zaś wieczorem – adorowaliśmy Pana Jezusa z Natalią. Słuchaliśmy jej wierszy i plotkowaliśmy cichutko z jej Oblubieńcem. Po kolacji urządziliśmy wieczór patriotyczny. Joanna przygotowała nam śpiewniki i ruszyliśmy z kopyta. Ale tym razem „stary koń” nie ciągnął żadnej bryki, tylko my raźno i ochotnie popylaliśmy pieśniami naszych ojców. I z naszymi ojcami, którzy na co dzień paradują w sutannach. Tym razem jednak zapakowaliśmy ich w nowiutkie blue koszulki, bo z okazji zbliżających się imienin (Marcina jutro i Andrzeja za dwa tygodnie), sprezentowaliśmy im wesołe mundurki. Zasłużyły chłopaki! Patriotyczny zryw ciągnął się dłużej niż teksty w śpiewnikach, bo oprócz wokalu były też wspominki na tematy bogoojczyźniane i do nich zbliżone. I ponieważ nikomu nie chciało się spać (aż dziwne, bo poprzedni wieczór skończył się nad ranem ciekawymi Polaków rozmowami), więc rzuciliśmy się do swoich smartfonów i czego Joanna nie umieściła na papierze, my umieściliśmy na naszych strunach gitarowych (Elutki i Asi) i głosowych. Zaczęło się nastrojową powagą (cały hymn narodowy i Rota), a zakończyło liryczną radością, bo śpiewaliśmy na dwie płcie (innych wśród nas nie było) „Przybyli ułani pod okienko” i inne takie. Potem uciszyliśmy się nieco, bo Gospodarze słusznie zauważyli, że w ośrodku obowiązuje cisza nocna. Ale szeptanki (niekoniecznie patriotyczne) przeniosły się na wyższy poziom, bo wszystkie sypialnie w domu rekolekcyjnym znajdują się na pierwszym piętrze.

9 listopada o 03:51

Sobotni ranek wstał rozmazany jak marudny szczeniak. A potem było coraz gorzej. Chlipał i smarkał lisopadowo. Nici z wycieczek. Ale co nam to szkodzi? Zjedliśmy pyszny posiłek ( zakopiańskie oscypki i nizinna sałatka między innymi frykasami).
A potem "kawa z rana dla kapłana" i nie tylko -odśpiewana chóralnie i wzmocniona wczorajszym wysypem słodkości. Po sporym zastrzyku energii (bo Godzinki jednak wlokły się slimaczo, niech Joanna co chce, mówi) zasiedlismy do konferencji o. Andrzeja. Słuchaliśmy o interpretowaniu Biblii, której prawda jest niezmienna i każdy może znaleźć w niej siebie. Pod warunkiem wszakże, że odczytujemy ją tak, aby nie usprawiedliwiać lecz "oskarżać" siebie. Tylko wtedy Pismo Święte nas wychowuje i prowadzi do miłosiernego Boga. Potem dyskutowaliśmy nad pojęciem "bezbożnik" i definicji było całkiem sporo. I nagle dyskusja przyniosła się na różne płaszczyzny, co też było świetne, bo każdy wylał, co tam miał do wylania. Zrobiło się lżej i jaśniej. A teraz centralny punkt programu-Eucharystia. Będziemy wylewać się przed miłującym Panem Jezusem. Radośnie, bo wielka jest nasza wdzięczność.

8 listopada o 13:21

Lubrza przywitała nas gorąco. Dosłownie. Hajcują tu w piecach, aż tchu brakuje. A ja przygotowałam się na zimę stulecia (pamiętam rekolekcje w Łagowie, gdzie szczęki nam się poprzekrzywiały od zgrzytania z zimna). Plus ta nasza wewnętrzną gorącość i klimat rekolekcji przypomina nam sierpniowy zryw na Jasną Górę. Nabożeństwo za zmarłych (swoich bliskich i warsztatowiczów) odprawilismy, Apel Jasnogórski odśpiewaliśmy i teraz mamy pracę w podgrupach, chociaż wszyscy siedzimy w świetlicy i cieszymy sobą. Faceci - wiadomo- znęcają się nad x. Marcinem, zarzucając go problemami różnej natury. Głównie religijnej.Siostry - bardziej przyziemnie- relacjonują zdarzenia z ostatnich miesięcy. "Spotkanie integracyjne przy stołach zastawionych z naszych darów" - ten punkt programu realizuje się rewelacyjnie. A dary rozmnożyły nam się prawie tak jak w Brzykowie. No po prostu Warsztaty bis i tyle w temacie.

8 listopada o 04:56

Zakończenie XXVII Warsztatów w Drodze: https://photos.app.goo.gl/qvmoMwaun9eo9kvq7

8 listopada o 04:54

Dzień dwunasty. Truskolasy - Częstochowa: https://photos.app.goo.gl/eZYWghsZqwjTAYFv9

6 listopada o 07:25

No i już! Odliczamy godziny do naszego spotkania. Wiemy, kto z kim przyjedzie i kiedy. Marchewka – ponieważ ma najdalej – zjawi się najpierwsza. Całą noc będzie się telepać z Zakopanego! Reszta dobije nieco później. Oprócz Emilki, która atrakcje lubrzyńskie przedkłada nad berlińskie i przybędzie tuż po góralce. Elutek przycumuje sama, bo Ruda i Gosia mają inne plany. Ale za to Ela z Torzymia właśnie się zdecydowała i też pakuje walizkę. Warszawa i Skierniewice porozumiały się z Łodzią i przyjadą peugeotem. Mam nadzieję, że z Małgosią ;-) w środku. Lubuszanie (a jest ich najwięcej) zasilą towarzystwo po południu, zaś Pomorze przypłynie wieczorkiem. Sprytnie! Na gotową kolację, którą uszykują im siostry i bracia. Nasi ojcowie też będą. Ks. Marcin to nawet w podwójnej roli: przewodnika i przywoźnika. I założę się – redaktora. Bo on nawet jak idzie to siedzi. W pracy, oczywiście.
Halinka płucze gardło. Miksturami z apteki, niestety, bo ją angina rozłożyła na obie łopatki, a przecież Główna Programistka będzie karmiła nas poezją Nataliową. Ja swoje też jakimś ziołowym specyfikiem przefiltruję, bo co nieco z Nataliowej historii uszczknę na forum. Ale spokojnie – nie mam zamiaru nikogo kołysać do snu. Tylko tak sprytnie zahaczyłam o Natalkę, bo przy okazji przypomnę jej fanom, że zbieramy podpisy pod petycją o ustanowienie jej patronką polskich nauczycieli. Niżej podaję link do strony, gdzie można złożyć swoją deklarację. Skadinąd wiem, że rzeszowianie (to oni wyszli z taką propozycją, tam prężnie działa ośrodek Nataliowy) prosili diecezjalnych duszpasterzy nauczycieli o zainteresowanie się to sprawą, ale niestety – spotkali się z milczeniem (które podobno złotem jest), więc my musimy rozgłosić, że chcemy, by nam patronowała. No to do dzieła! Natalka czeka na nasz ruch.

5 listopada o 11:05

Dzień jedenasty. Olesno - Truskolasy: https://photos.app.goo.gl/hLQj9QwUPBgmZbdA9

4 listopada o 23:31

Dzień dziesiąty. Wołczyn - Olesno: https://photos.app.goo.gl/2EuSS4x3UjFz7nMy7

4 listopada o 11:14

Dzień dziewiąty. Namysłów - Wołczyn: https://photos.app.goo.gl/urf86BxDFzF1MSQT7

4 listopada o 03:46

Dzień ósmy. Oleśnica - Namysłów: https://photos.app.goo.gl/zBehziSp61UcD9DHA

1 listopada o 04:27

Co słychać u Natalii? Ano świętuje sobie ze swoim Umiłowanym. Może czyta Mu wiersze albo gra na skrzypcach? Na pewno się nie nudzi, bo z jej temperamentem nie ma na to szans. Mówiła przecież, że jest "gwałtownikiem zdobywającym Niebo". Tak więc - rozrabia na całego, a Pan Jezus śmieje się z jej belferskich psot. Wierzymy, że Natalka nas odwiedzi w Lubrzy i cieszymy się na to spotkanie. Do zobaczenia belfry!

30 października o 12:00

Dzień siódmy. Trzebnica - Oleśnica: https://photos.app.goo.gl/bk5MxFKaSs7hof758

30 października o 05:49

Dzień szósty: Żmigród - Trzebnica (przez Brzyków):
https://photos.app.goo.gl/xRTKppteuYpWFuWu6